Uwaga

Jeżeli jesteś tu po raz pierwszy, powinieneś wiedzieć, iż opowiadanie tu zamieszczane to yaoi, traktujące o miłości męsko-męskiej (a dokładniej yaoi na podstawie anime "Kuroshitsuji" z paring'iem Sebastian x Ciel). Jeśli nie odpowiada ci coś takiego, proszę, opuść stronę bez zostawiania żadnych obraźliwych komentarzy. Z góry dziękuję.

Historia wstawiona na tym blogu to nie moje jedyne opowiadanie. Jeżeli interesuje Cię przeczytanie yaoi w innym stylu, zapraszam serdecznie na Moje Lapidium, gdzie znajdziesz moje autorskie opowieści ^w^

piątek, 8 lutego 2013

Rozdział XXII


            Dlaczego? Dlaczego? Przecież mówiłeś, że mnie kochasz. Widziałem to w twoich oczach, ja, który znam kłamstwo. Przecież żyłem tyle czasu z demonem. Sam nim teraz, do cholery, jestem! Więc, dlaczego?!
            To jest tak absurdalne, że aż śmieszne. Gardziłem ludźmi nawet, gdy byłem jednym z was. Wiedziałem, że nie mogę im ufać. I wytrwale nie ufałem. Nawet Elizabeth. A teraz... Żałosne. Chciałem się otworzyć. Naprawdę chciałem się otworzyć. A ty to perfidnie wykorzystałeś. Najgorsze... Najgorsze, że nadal nie wiem, kim jesteś. Na bogów, nie wiem, czym możesz być! Skoro umiałeś sam powalić dwa demony, nie możesz być człowiekiem. Na pewno.
            Nic tu się nie łączy. Zaledwie parę szczegółów. Zastanów się, Ciel, jeszcze raz. Spokojnie. Przecież jeszcze trochę będzie cię tak ciągnął. Choć nie widzę końca schodów. Światło świec za bardzo razi, a nie mogę się niczemu przyjrzeć w tej pozycji. Trudno. W tej chwili masz jeszcze trochę czasu.
            Rakoczy Bleederman. Wysoki, szczupły mężczyzna, mniej więcej w wieku dwudziestu sześciu-trzydziestu dwóch lat. Ma jasne blond włosy, pociągłą twarz, wąskie usta, bladą cerę i fioletowe oczy. Czyli możliwe, że wśród przodków miał albinosa. Tyle, że... Albinosi mają bardziej niebieskawo-różowe oczy, a ten fiolet odznacza się iście ametystową barwą. Cóż, skoro demony mają czerwone ślepia, Bogowie Śmierci zielone z jadowitą otoczką, to może on też należy do jakiegoś dziwnego gatunku?
            Bardzo możliwe. Z początku wydawał się być przesadnym optymistą. Nie, właściwie cały czas zachowywał się zbyt radośnie. Cecha charakterystyczna? Więc dlaczego teraz stał się tak wrogi?
            Stop. Po kolei, Ciel. Pierwsza dziwna rzecz, jaką zrobił? Hm... Kupił moją firmę. Potwierdzili to Sebastian i Undertaker. Kolejna... Zaczął mi okazywać przesadne zainteresowanie, prawić komplementy, dotykać... Aż mnie niemal uwiódł. Żałosne. Że też mu pozwoliłem. Ale nie czas teraz na wyrzuty samemu sobie, głupcze.
            Potem... Dziwnie się zachowywał przy Grabarzu, tak. Wzdragał się jeszcze zanim zeń rozmawiał. I ja tego nie zauważyłem. Sam Shinigami mnie ostrzegał, a on tego zazwyczaj nie robi. Cóż. Co jeszcze? Zaglądał do mojej sypialni nocami. A później ten wybuch w jego pokoju... Już wówczas powinienem się zorientować. Nie, wolałem się wściekać na Sebastiana. Idioto, do tej pory tylko na nim jednym mogłeś polegać. Teraz on też nie może się ruszyć. I wyglądał znacznie gorzej ode mnie.
            W każdym razie. Od początku nie lubił Kyny. Choć możliwe, że ze względu na to, iż sam kot go nie lubił. Czy zwierzę mogło mieć rację i czuć od początku, że z nim jest coś nie tak? Pozostaje kwestia, dlaczego pachnie zupełnie jak człowiek?
            Może on jest dla demona czymś takim, jak demon dla człowieka? Kusi, żeby pożreć. Choć nawet nie musi kusić. Wygląda i pachnie jak ludzie, więc wystarczy, że rozpozna któregoś z nas. Jak pijawka. Niby ślepa, a jednak zawsze znajduje pożywienie.
            Rakoczy... Kim ty jesteś? Kim, że potrafisz nie ulec demonowi, potrafisz mu się sprzeciwić, a nawet pokonać? Nadal nic nie rozumiem. Jedyne, czego jestem pewny, to to, że muszę cię teraz zaliczać do wrogów. Niebezpiecznych wrogów.

            Blondyn szedł cały czas do góry, ciągnąc go po brudnych kamieniach i nie bawiąc się w delikatności. W tę stronę schody wydawały się młodemu hrabiemu o wiele dłuższe, niż gdy czekał na dole, w piwnicy, aż Rakoczy dotrze do nich. Chociaż to raczej oczywiste.
            Przestał się już zastanawiać. Czymkolwiek guwerner – stop. Czymkolwiek  b y ł y  guwerner by nie był, już nie ważne. Powinien raczej pomyśleć nad ucieczką i uwolnieniem lokaja. Nie zostawi przecież czarnowłosego. Był jego własnością. Bezeń nigdzie nie pójdzie.
            W końcu ta bezlitosna wspinaczka skończyła się, a wrzynające w skórę sznury na chwilę obecną jedynie utrzymywały go w niewygodnej pozycji. Młody demon, zwrócony teraz twarzą tam, skąd przyszedł, usłyszał chrzęst kluczy. Następnie szczęk otwieranego zamka i ciche pojękiwania zawiasów. Lecz miast zostać wciągniętym dalej, Bleederman podszedł do niego.
            Ciemne w tym świetle oczy wydały się chłopcu jeszcze bardziej przepełnione gniewem i pogardą. Okrutny uśmiech zdobił wrogą twarz, wieńcząc ją szerokim, szkaradnym wygięciem dotychczas ładnych ust.
            Czerwone ślepia zalśniły w mroku – jedno z kocią źrenicą, drugie oznaczone pieczęcią z pentagramu. Młody demon ochoczo odpowiadał tą samą nienawiścią, choć to on był tu ofiarą.
            -No, no. Widzę, że nadal nie rozumiesz swojej pozycji. Cóż, teraz nie zobaczysz mojej kochanej sali, którą dla was przygotowałem. Poczekasz sobie cichutko na tego twojego żałosnego lokaja. Choć może nie tak cichutko, mój  d r o g i.
            Ostatnie słowo wymówił z wyraźnym obrzydzeniem, lekko marszcząc brwi. Następnie zaś wyciągnął z kieszeni wyraźnie mokry kawałek szmatki i przewiązał mu brutalnie oczy, nie czekając nawet, aż je zamknie.
            Tragiczny ból. Pieczenie, jakby ktoś rozszarpywał mu oczy małymi widelczykami do ciast, specjalnie nie wydłubując ich, a znęcając się nadeń jak najdłużej. Lecz uczucie to nie ustępowało. Trwało, wbijając się coraz głębiej i głębiej wraz z nerwem wzrokowym, docierając aż do mózgu.
            Phantomhive wydał z siebie głuchy, pełen cierpienia jęk, wierzgając. Nie mógł jednak zerwać z twarzy nasączonego czymś przeciwko demonom materiału. Jedyne, co mu pozostało, to cierpienie i marzenie zagłuszeniu bólu  c z y m k o l w i e k.
            Następnie został podniesiony. Powietrze musnęło jego twarz w lekkim ruchu, nie dając ani trochę ulgi od masakrującej jego twarz mieszaniny, która znajdowała się na szmatce. Rakoczy niósł go chwilę, po czym odwrócił się w lewo i zrzucił z siebie. Tym razem młody Ciel również wypuścił resztki powietrza z płuc, które w jakiś sposób jeszcze się weń trzymały. Gdyby był człowiekiem, zapewne teraz oddychałby ciężko, rzężąc. Na szczęście, mógł uniknąć tego upokorzenia.
            Usłyszał jedynie szmer obok niego i oddalające się kroki.
            Dlaczego nic nie powiedziałeś? Nic nie zrobiłeś? Mogłeś uderzyć, kopnąć. Co tobą kieruje, na bogów?
            W końcu młody hrabia przestał użalać nad swym naprawdę marnym losem. I, choć było to trudne, postarał się wyczuć cokolwiek poza tłamszącym go bólem. I wyczuł.
            Dobiegł go zapach. Słodki, znajomy aromat czegoś, co naprawdę lubił. Jako demon. I doskonale wiedział, co to. Jednak ta krew miała ciut inną tonację niż ludzka, jeśli mógł tak to nazwać. Woń była subtelniejsza, nie tak apetyczna; bardziej kwaśna aniżeli metaliczna. Zapach mieszał się z oszałamiającą zmysły mieszaniną innych ziół, które zapewne mogłyby zniszczyć doszczętnie to ciało.
            Spróbował się podnieść na kolana. Nie wyczuwał wokół ściany, lecz mógłby się założyć, iż Bleederman, majstrując coś przy nim przed opuszczeniem pomieszczenia, uniemożliwił mu dalszą zmianę położenia.
            Siedział więc na kostkach, pochylając się w przód, żeby nie upaść. Ból w oczach nie zelżał ani trochę, lecz młody demon przyzwyczaił się do znoszenia go. A przynajmniej teraz umiał go wytrzymać. W końcu jednak usłyszał kroki. Tym razem ewidentnie wracały, lecz... Rakoczy nie szedł sam.
            Czyżby kazał Sebastianowi iść?
            Oczekiwał w zniecierpliwieniu, wsłuchując się w monotonny dźwięk czterech rytmicznych stuknięć o posadzkę, bowiem czuł, że teraz rozegrają się ostatnie akty tej ponurej tragedii. W której, na swoje nieszczęście, grał jedną z głównych ról.
            Mężczyźni wreszcie dotarli na górę. Zapewne Rakoczy zamknął drzwi, przekręcając przezornie klucz. Niebieskooki mimowolnie odwrócił w ich stronę zawiązaną twarz, starając się nie otworzyć ani nawet uchylić powiek pod spodem.
            Blondyn musiał poprowadzić lokaja w kąt tego pomieszczenia. Tym razem nie tak daleko, jak na dole. Ciel słyszał szczęk metalowych łańcuchów, co sugerowało, iż Sebastian znów jest przykuwany.
            -No, moje wy dwa obrzydlistwa, czas zacząć nasze przedstawienie, prawda? Co prawda, widownia jeszcze się nie zebrała, ale zdążymy przynajmniej z przygotowaniami!
            Tym razem jego głos nie był jadowity, lecz do cna przepełniony sztuczną radością i optymizmem. Chłopiec aż widział szeroki, wstrętny uśmiech, będący teraz szkaradną imitacją poprzednich, którymi go obdarowywał nieraz. A może to tamte należałoby nazwać nieprawdziwymi?
            Nagle usłyszał wciągane powietrze do wyczerpanych płuc.
            -Jest pan przeklętym draniem... Panie Bleederman... – Rzekł cicho Sebastian, tak niespodziewanie, że młody hrabia drgnął.
            -Ależ nie! Myli się pan, panie Sebastianie! To nie ja tu należę do przeklętych, ale wy – odrzekł mu oprawca i skierował kroki ku niemu. – Czas na ciebie, chłopcze.
            Nachylił się nad nim, co wyczuł przez ogarniający go, ludzki zapach. Następne były dłonie, przejeżdżające między jego włosami i rozwiązujące, o dziwo, delikatnie opaskę na twarzy. Już po chwili Ciel odetchnął w duchu, kiedy drażniący boleśnie materiał zjechał z powiek, wyzwalając ze swych okrutnych, trujących macek.
            Otworzył ślepia od razu błyskając diabelną czerwienią. Pierwszym, co ujrzał, był Rakoczy, kucający przed nim i uśmiechający się nieco prawdziwiej niż sobie wyobrażał, lecz nadal sztucznie. Ametystowe oczy przeszywały go pogardą, nienawiścią i gniewem, choć gdzieś pod tym wszystkim kryła się doza...
            Nie zdążył jej zidentyfikować, albowiem w tym właśnie momencie blondyn wstał i podszedł do ściany, gestem ręki wskazując mu pomieszczenie.
            -Witaj w moim sennym teatrze, demonie. Choć dla ciebie za chwilę będzie on koszmarem.
            Brudne tak jak na dole ściany były oddalone od siebie znacznie bardziej. Sufit również znajdował się wyżej. Jednak Ciel nie kontemplował zbyt długo jego wymiarów, gdyż szkarłatny wzrok szybko padł na środek podłogi.
            Jako, że tu w każdym rogu stała wysoka świeca, płomienie oświetlały wystarczająco dla człowieka, a niemal nader dla demona jasno pomieszczenie, chłopiec wyraźnie ujrzał ciemną, gęstą ciecz, którą wcześniej wyczuł. Co prawda, urażone prawdziwym bólem oczy nie chciały współpracować tak, jak powinny, lecz nie przeszkodziło to w zidentyfikowaniu właściciela zasychającej posoki.
            Phantomhive szybko ujrzał przy jednej ze świec porzucone, sztywne ciałko, pokryte czarnym futrem. Gdyby nie mała skarpetka na jednej z łap, jego barwa nie odbiegałaby właściwie niczym od koloru piór, które ujrzał niegdyś, uznając je za pierwszy znak od swego ówczesnego wybawiciela.
            Kyna.
            Rozcięty wzdłuż całego brzuszka kocur leżał martwy, z na wpół otwartym pyszczkiem, wpatrując się w dal nieżywymi, matowymi, tak pięknie zielonymi niegdyś oczyma. Już nie oddychał szybko, ciesząc się i pomrukując. Już nie podejdzie do hrabiego, by ten przejechał palcami po wyprężonym grzbiecie. Wystające wciąż żebra nie pokryją się wystarczającą warstwą, na zawsze sprawiając wrażenie zagłodzonego organizmu.
            Pionowe źrenice zwężyły się groźnie, kiedy ich spojrzenie padło na tutejszego kata o wyglądzie niemal anielskim. Ten jednak nie oddał go, z oblubieńczym uśmiechem przecierając w palcach mokry materiał rękawic. Chłopiec począł więc patrzeć dalej.
            Zobaczył wówczas swojego lokaja, niemalże tak samo wyczerpanego jak na dole. Z pewną dozą przeprosin skrzyżował wzrok swych pięknych, burgundowych oczu ze swym panem, jakby na chwilę obecną błagał o wybaczenie za to, iż nie był w stanie nic zrobić. Młody hrabia już wcześniej zauważył, że jego ubranie jest brudne i podarte, lecz dopiero teraz dojrzał, iż ogromna, ciemna plama krwi pokrywa strzępki koszuli i część jego kruczych włosów, sklejając je niesmacznie wyglądającymi strupami. Demon przedstawiał naprawdę żałosny obraz, wisząc znów za nadgarstki, nie mogąc sięgnąć stopami podłoża. Nie wiedział, czym Rakoczy go otumanił, niemniej zapewne był to specyfik dużo mocniejszy niż ten, którym jasnowłosy potraktował jego.
            I wreszcie znów spojrzał na podłogę. Wcześniej wydawało mu się, że krew została rozlana bez konkretnego celu, ale teraz przybrała wyraźny kształt. Bardzo znajomy kształt. Zasychający już szkarłat przedstawiał w powiększeniu widok, którym lustra hrabiego raczyły niemal co dzień, kiedy patrzał weń przed wyjściem lub po powrocie z „wielkiego świata”. Mierzący na oko trzy metry średnicy pentagram z charakterystycznym, pikowanym obrębieniem i wyjątkowymi zdobieniami może nie doskonale, ale bardzo dobrze ukazywał, jak swoich kontrahentów podpisuje Sebastian Michaelis. I jak podpisał swojego obecnego pana na prawej, chabrowo-błękitnej niegdyś, zaś obecnie krwiście czerwonej tęczówce.
            Phantomhive wreszcie znów odwrócił głowę w stronę Bleedermana. Tym razem gniew spotęgowany widokiem upokorzonego lokaja i zniesmaczenie nieznanym nadal planem ich kata sprawiło, że samym wzrokiem wymuszał natychmiastową odpowiedź. Milczał jednak, czekając cierpliwie, aż fioletowooki sam udzieli odpowiedzi.
            Przecież nie zadowoli cię cisza, prawda?
            Chłopiec miał rację. Już po chwili jasnowłosy skierował się prosto w środek tajemniczego pentagramu. Tam stanął w lekkim rozkroku, wyzywająco spoglądając na oba demony.
            -Cóż, może jednak powinienem się w końcu przedstawić. Za trzy, cztery godziny zjawi się tu reszta moich „znajomków”, zatem zdążę się jeszcze pobawić moimi laleczkami. Hrabio Phantomhive, panie Sebastianie – ukłonił się teatralnie, ściągając w głowy wyimaginowany cylinder. – Moje prawdziwe miano brzmi hrabia Rakoczy Bleederman, obecnie spadkobierca i głowa rodu Bleedermanów, najbardziej znanej i najlepszej w swym zawodzie familii. Albowiem to, moje plugawe demony – a raczej jedynie ty, hrabio Phantomhive, gdyż zapewne pan Sebastian już wie, kim jestem – rzemiosłem, jakim para się jedynie kilka znamienitych rodów w Anglii i na Kontynencie, w tym i mój właśnie, jest wynajdywanie, identyfikowanie i unicestwianie wszelkiego rodzaju ohydztw, zesłanych na tę Ziemię. Przedstawiam się zatem jako hrabia Rakoczy Bleederman, jeden ze sławetnej Czwórki pośród łowców demonów.
            Łowca... Demonów...? Czyli... Zwykły człowiek?
            Wyczerpany Sebastian, o dziwo, znalazł nagle siłę do przebicia morderczym wzrokiem jasno świecących, błyszczących w złotym promieniu świec, mrocznie diabelnych oczu blondyna. Powoli wciągnął powietrze, szykując się do wyduszenia z odrapanego niczym stary mur gardła kolejnych słów.
            -Łowca demonów? Nie kpij sobie ze mnie, albowiem pożałujesz. A o to swoje unicestwienie błagać będziesz, jeżeli chociaż tkniesz mojego panicza. Nie jesteś wart, śmieciu, aby nazywać się Bleederman. I ty niby należysz do owej Czwórki, która niedawno ogłosiła, że dorwała jednego z wyższych demonów, Claude’a Faustusa? Obrzydliwa kupa śmierdzącego ścierwa – choć teraz zdarty, głos Michaelisa budził w każdym nutę przerażenia, jaka kryje się w ludzkim sercu. Nawet młody hrabia czuł wibrujące pod wpływem wściekłej, przytłumionej czymś, lecz wierzgającej jak dziki koń mocy powietrze. Lecz Rakoczy wydawał się nieporuszony, opierając się dłonią o biodro.
            -Och, nie męcz się tak. Chyba masz niezbyt dobrego informatora bądź sam nie potrafisz słuchać. Może i reszta chwali się kłamstwem, lecz ja jestem jedynym z Czwórki, który mówi, że ciało tego plugastwa znaleziono na skarpie wąwozu. Poza tym, powinieneś wiedzieć, że właśnie tamto pobojowisko, jakie zostawiliście, doprowadziło prosto do ciebie. Zatrzymaj zatem swoje nędzne siły na później, cobym jeszcze miał szansę poznęcać się nad tobą, nim zdechniesz.
            Ciel znów spróbował zerwać krępujące go linki. Nadal mokry sznur wrzynał się w ciało, powodując uporczywe pieczenie. Na nic jednak jego siły. Jedynie zwrócił na siebie uwagę.
            -Och, no tak. Jesteś jeszcze ty. Czyżbyś próbował się wydostać? Uwolnić? Nie dajesz rady, prawda? No tak, no tak. Czegóż mogłem spodziewać się po kilkumiesięcznym demonie, który, ponad to, narodził się z człowieka? Na ciebie, mój Cielu, wystarczyło trochę dymu. Twego lokaja potraktowałem nieco mniej ulgowo. Poszła pełna strzykawka jednej z moich ślicznych, silniejszych trutek. I tak dziwne, że obudził się nim do was zszedłem – uśmiechnął się doń pobłażliwie, jakby patrzył na dziecko nierozumiejące, dlaczego nie może zjeść tabliczki czekolady przed snem.
            -Kmieciu. Draniu. I ty masz czelność zwać się hrabią? Nie zasługujesz nawet na tytuł kanałowego szczura, blada ohydo! – Niebieskooki tracił nad sobą panowanie. Znów począł się szarpać, lecz na nic zdały się te wysiłki, tak jak i poprzednie. To wprawiło go w jeszcze większą furię.
            -Ojejku, nie gorączkuj się tak. Wiesz, mam już swój mały plan na najbliższe godziny. Najpierw pobawię się ciałem twojego lokaja, a potem... Powiedzieć ci, co potem? – Zbliżył się niebezpiecznie, zaś ponury cień nasunął się na twarz, kiedy mężczyzna nachylał głowę nad szamotającym się jak pantera w klatce demonem. – Potem wyłupię ci to przeklęte oko, żebyś już nigdy nie mógł czuć tej przeklętej władzy i przeklętej dumy, którą emanujesz. – Chwycił chłopca za szczękę, zakleszczając i odwracając w swoją stronę jego twarz. – Będziesz skowyczał i wył jak pies. Ale i tak długo nie pożyjesz.
            -Nie boję się śmierci, żałosna imitacjo kata. Nie ulęknę się jej, bo to ona trzyma mnie przy życiu – wysyczał prosto w twarz niezadowolonego z odpowiedzi mężczyzny. Ten puścił go, brutalnie odrzucając na bok.
            -Mów sobie, co chcesz. Zabiłem już wiele innych bestii, gorszych od ciebie i nie tak wielkie słowa słyszałem. Wszystkie okazywały się kłamstwem – rzekł z pogardą, kierując kroki ku leżącemu na podłodze przedmiotowi.
            Podniósł go, chwytając za opleciony rzemieniem trzonek. Długi, cienki, mocno skręcony sznur wciąż jednym końcem dotykał brudnego betonu. Rakoczy zważył w dłoni ów przedmiot, uśmiechając się okrutnie.
            Bicz – zauważył w końcu hrabia.
            Następnie blondyn wyjął zza pazuchy małe puzderko. Otworzył je i, ściągnąwszy rękawicę, zaczął smarować swoje narzędzie ciemną, gęstą masą. Intensywny, otumaniający zapach szybko rozniósł się po całym pomieszczeniu. Ostra, gorzka woń niemal przyklejała się do drażnionych nozdrzy, które mimowolnie wdychały jej więcej.
            Na krótką chwilę Bleederman odłożył czarną, gotową już do użycia „zabawkę”, po czym, podchodząc do Sebastiana, odwrócił go twarzą do ściany, zrywając do reszty czerwoną, brudną koszulę. Blada skóra o sinym, niemal szarawym zabarwieniu jaśniała w półmroku. Oprawca zaś wrócił na miejsce i z powrotem chwycił bicz w rękę.
            -A więc zaczynamy zabawę. Zobaczysz jak kąsa moja śliczna Belladonna – rzekł mężczyzna, a następnie zamachnął się mocno i uderzył z całych sił w plecy demona.
            Kiedy czarny sznur, obficie wysmarowany podejrzaną maścią, zetknął się ze świstem z czarnowłosym, rozniosły się dwa mrożące umysł dźwięki. Jednym był soczysty syk niemal wypalanej, rozciętej w poprzek kręgosłupa skóry. Drugim głośny, bolesny krzyk ofiary Belladonny, najwyraźniej będącej oblubienicą bladowłosego kata.
            Rakoczy uderzył po raz drugi. I trzeci. I kolejny. Za każdym razem uśmiechał się złowieszczo, wyraźnie rozkoszując cierpiętniczymi krzykami, które szybko zamieniły się w ledwie przytomne, gorejące wręcz rzężenie. Sebastian jednak cały czas był świadom ostrego bólu, zaś młody demon szalał z wściekłości. Nikt, ale to nikt nie ma prawa bez jego zgody znęcać się w tak plugawy sposób z szyderczym uśmiechem nad jego własnością.
            W końcu paskudna aria świszczącego bicza skończyła się cichym odgłosem odkładanego narzędzia. Fioletowe, nienasycone, nienawistne ślepia spoczęły na młodym hrabim.
            -Aż mnie ręce świerzbią, żeby pozbyć się tego obrzydliwego symbolu na twoim oku. Chyba odłożę na potem maltretowanie tego kruczego paskudztwa – rzekł z zadowoleniem, o dziwo, ani trochę niezmęczony wielokrotnym machaniem ramieniem. Podszedł doń, wyciągając nóż. – Nie, nie zrobię tego tak szybko. Tym jedynie cię odetnę i zaciągnę na środek. Jak obiecałem, będziesz skowyczał – szepnął złowrogo i już prawie był przy nim, gdy...
            Gdy nagle wszyscy usłyszeli głosy z góry. Nawet nadal wyraźnie cierpiący Michaelis drgnął nieznacznie, kiedy do piwnicy dotarły dźwięki, wydawane przez obcych.
            -Hrabio Bleederman! Gdzie pan jest?! Hrabio Bleederman!
            Rakoczy zacisnął szczęki i z furią w oczach rzucił nożem o posadzkę, klnąc pod nosem. Ostrze z brzękiem uderzyło o beton. Wytarł dłonie o siebie i skierował się ku drzwiom. Nim jednak wyszedł, odwrócił się, mówiąc:
            -Najwyraźniej straciłem zbyt dużo czasu na bezsensowne ględzenie z wami, szkarady. Moi znajomi zjawili się wcześnie. Zbyt wcześnie.
            Zaklął po raz kolejny i ni stąd, ni zowąd, wyraz totalnej nienawiści i gniewu zastąpił... Zadowolony z życia uśmiech. Nawet rzucające przed chwilą gromy ślepia stały się istną ostoją spokoju, radości i szczęścia. Następnie wyszedł, wołając tym samym, co niegdyś, wysokim i optymistycznym głosem: „Już idę!”
            Więc tak udawałeś.
            Młodego demona na chwilę ogarnął lęk. Tak łatwo został unieszkodliwiony. Jego lokaja, tak silnego i niezastąpionego demona przed momentem zwykły człowiek torturował z uśmiechem na ustach, nawet się nie męcząc. Czyżby jednak... Prawdziwa Śmierć naprawdę ich czekała?

***

XXII jest już z wami! Mam nadzieję, że podobał się tak, jak poprzednie (choć cichsza nadzieja mówi, że może ten rozdział przerósł pozostałe?). Wyszło mi po raz pierwszy tak wiele słów. Aż 3 tysiące z hakiem!
Serdecznie dziękuję za komentarze do poprzedniego rozdziału. Nie myślałam, że "Chekku-meito" jest aż tak lubiane. Jestem szczęśliwa z tego powodu. Pamiętajcie, że nawet najkrótsza wiadomość niezwykle podnosi na duchu ^w^

piątek, 1 lutego 2013

Rozdział XXI


            Stał na środku korytarza, trzymany w talii przez Sebastiana, wpatrując się w wolnym krokiem wychodzącego z pokoju blondyna. Jego twarz zmieniła się zupełnie: wszechobecny niepoprawny optymizm ustąpił miejsca wrogiemu, surowemu spojrzeniu ametystowych oczu, odbijających złote światło trzymanej przezeń w otulonej w podejrzanie mokrą rękawiczkę świecy; ściągnięte mocno brwi tworzyły głęboką bruzdę między sobą, wyrażając nienawiść i złość. Jego jasne włosy już nie opadały swobodnie w dół, spięte czymś ciasno z tyłu. Niesforne kosmyki, które nie miały zamiaru poddać się niewoli zapewne rzemienia, zostały wsunięte za uszy.
            Mężczyzna w drugiej dłoni miał mały, prostokątny flakonik z podejrzanie wyglądającą cieczą barwy bladej, przejrzystej zieleni. Ciel podejrzewał już, co może być w środku.
            -Boicie się? Zaprawdę, żałośni jesteście. Jak wszystkie inne plugastwa – powiedział.
            Spod rozpiętego, długiego po kolana, czarnego płaszcza widać było jego luźne, ciemne spodnie, białą koszulę i brązową, skórzaną kamizelkę z wieloma wypełnionymi czymś kieszeniami. Do paska zaś przytroczone zostały dwa sztylety o trzech ostrzach.
            On chce z nami walczyć?
            Młody hrabia nie wiedział, co robić. Przez zaskoczenie, wywołane słowami guwernera, nie naciągnął na oczy błękitno-chabrowej maski, zaś w ciemnym korytarzu krwawe ślepię z pionową źrenicą odbijało wyraźnie blask płomienia. Rakoczy musiał doskonale widzieć jego demonicznej natury tęczówkę, czego świadomość była dla niego niecodziennym uczuciem.
            -Kim jesteś? – Spytał w końcu młodszy demon, prostując się z pochylonej pozycji obronnej.
            Na jego słowa Bleederman roześmiał się. Nie zrywał jednak kontaktu wzrokowego, mimo swej swobodnej postawy, czujnie obserwując każdy ich ruch. Pożerany powoli knot wypluwał w gorącej agonii cienką strużkę stopionego wosku, niczym ślinę, która spływała teraz po trzonie świecy.
            -Śmiesz jeszcze pytać, kim jestem? Naprawdę? Chyba rzeczywiście byłem jedynym, który dokładnie wiedział, z kim w jednej rezydencji sypiał. No, może poza tym przeklętym bytem, a żeby sczezł, Bogiem Śmierci, którego tu kiedyś bezczelnie sprowadziłeś.
            Co? Skąd on wie?
            -Odpowiadaj mi, do jasnej cholery! – Wyrwawszy się zza trzymającej go ręki, podszedł parę kroków, wysykując te słowa ze złością, tak irytująco niewiele pojmując z jego wypowiedzi.
            -Ojej, zdenerwowałem mości szlachetnego demona? Najpokorniej proszę o wybaczenie – mężczyzna skłonił się, wciąż patrząc w jego diabelnie szkarłatne oczy. Miast jednak wyprostować się na powrót, niespodziewanie rzucił mu pod nogi trzymany flakonik. Ten wybuchł przed nim, roznosząc wokół jasny dym o drażniącym nozdrza i piekącym w oczy zapachu. – Proszę zatem przyjąć to w ramach przeprosin!
            -Paniczu!
            Ciel rozkasłał się. Przez dziwną substancję musiał przymknąć ślepia, co uniemożliwiło ujrzenie reakcji jego lokaja. Coś jednak musiało się stać, bowiem tuż po krzyku czarnowłosego usłyszał głuchy odgłos, jakby coś dużego upadło. Myślał, że Sebastian powalił, a w najgorszym wypadku zabił Rakoczego, lecz po chwili do jego ucha dotarł bolesny jęk, wypełniony gorzką głębią. Znał ten dźwięk, zdający się dobiegać z głębokiej, ciemnej studni. To był jego demon.
            -Se... Sebas... – Spróbował zawołać go, lecz kolejne fale duszącego kaszlu zajęły jego jednak nie niezniszczalne płuca.
            Wtem poczuł jak ktoś łapie go za nadgarstki, wykręcając je boleśnie w tył. Miejsca, które były trzymane, piekły mocno i nieprzyjemnie. Następnie coś mokrego i równie sprawiającego ból ledwie li dotykiem zostało obwiązane dokoła stawów, unieruchamiając je.
            Młody Phantomhive nie wiedział, co stało się później. Nadal gęsty dym szatkował jego płuca, rozpruwając ich delikatne wiązania między płatami. Chłopiec, mimo że już nie był człowiekiem, a demonem, czymś, co winne być niepokonanym, zemdlał od mieszaniny trujących ziół, zamraczających jego nieśmiertelny umysł.

            Nagle, miast drażniącego zapachu jakiejś mieszaniny, poczuł stęchliznę i wilgoć. Zdawał sobie sprawę, iż musiał stracić przytomność na jakiś czas, lecz miał wrażenie, że jedynie zamknął na dłużej swe pokryte szkarłatem oczy, które teraz tak ciężko było mu otworzyć.
            Powoli dochodził do siebie, nie czując już tego okropnego smrodu dymu, tak drażniącego i motającego zmysły. Jednak jego nadgarstki i łokcie nadal oplatały ciasne teraz więzy, zapewne lin, namoczonych w jakimś innym ohydztwie. Tak samo ktoś – cóż, nie ktoś, a Rakoczy – związał mu kostki i kolana. Pieczenie i swędzenie doprowadzało go do silnej irytacji, lecz dało się wytrzymać. Na szczęście, nie założono mu na usta knebla, za co był w swoisty sposób wdzięczny oprawcy.
            Już nie udawał człowieka. Nie oddychał, choć serce wciąż biło ciężko, powoli roznosząc sztuczną, gęstą krew po całym martwym ciele. Leżąc na brzuchu z wyprostowanymi nogami i wykręconymi do tyłu ramionami, nie wychwyciwszy żadnych odgłosów, podniósł w końcu głowę i otworzył oczy. Nie miał przepaski.
            Ciemność nie przeszkodziła mu w odkryciu, iż rzeczywiście znajduje się w jakimś piwnico-podobnym pomieszczeniu o niskim sklepieniu. Brudne ściany, pokryte czarnym nalotem, grzybem i zwisające w dół paskudnymi strąkami, stare pajęczyny, które utrzymuje jedynie osiadły nań kurz godziły w jego poczucie estetyki. Możliwe, że nadal znajdował się na terenie rezydencji, jednak na pewno od ich przyjazdu Sebastian ani raz tu nie zszedł.
            No właśnie. Sebastian. Młody hrabia nie miał pojęcia, gdzie lokaj teraz może być. Ani czy w ogóle nadal gdzieś jest. Możliwe, że nie docenił guwernera bardziej niż mu się zdawało.
            Miał rację. Ten zimny, arogancki drań miał rację. Powinienem był uważać na Rakoczego.
            Ciel dopiero po chwili dostrzegł, że ciemne pomieszczenie jest większe, lecz dzieli je na pół ściana, zza której rogu wystaje koniec grubego łańcucha. Nie wiedział, do czego ten służył, ale oczywistym się zdawało, iż nie jest starą, zapomnianą własnością rezydencji. Bowiem ciemne żelazo było czyste i, z pewnością, nowe.
            Postanowił usiąść. Wątpił, aby krępujące go więzy, których dotyk szczypał i piekł cały czas, dały się zerwać jego demoniczną siłą. A nawet, jeśli się mylił, gdy podniesie się do wygodniejszej pozycji, na pewno jedynie ułatwi mu to zadanie. Odwrócił się zatem na plecy, po czym przysunął do brudnej ściany, pokonując obrzydzenie względem jej dotknięcia. Oparł się o zimny mur i powoli podciągał kręgosłup do pozycji pionowej. Dźwięk szemrzącego ubrania rozdzierał nieskalaną żadnymi odgłosami ciszę, co powodowało, iż młody demon instynktownie przygotowywał się do obrony.
            Wreszcie spojrzał na swoje nogi. Grube na dwa centymetry liny bez wątpienia były czymś obficie zmoczone i zaciskały się wokół jego odzianych w czarne kolanówki kostek i kolan, kilkukrotnie wokół nich owinięte oraz zabezpieczone wymyślnym węzłem. Naprężył mięśnie, próbując rozerwać pęta, jednak nie przyniosło to żadnego efektu. Tak samo stało się, gdy starał się wyszarpać ręce. Irytujące, tak człowiecze  n i c.
            Zacisnął szczęki, a jego ślepia zabłysły jasno szkarłatem. Nie miał zamiaru krzyczeć, wrzeszczeć i wić się, gdyż to jedynie upokorzyłoby jego godność, godząc w dumę, będąc zapewne również bezskuteczne. Nabrał jednak powietrza do płuc, wzdychając ciężko.
            I wtedy usłyszał szczęk łańcuchów. Cisze szemranie obijających się o siebie żelaznych ogniw, ledwie słyszalne było za pierwszym razem, lecz po chwili powtórzyło się. Ciut głośniej. I znów. Bez wątpienia dźwięk dochodził zza przegrodzonej strony pomieszczenia. Jakby ktoś jeszcze został tu uwięziony.
            Zesztywniał natychmiast, patrząc uporczywie w widoczny fragment łańcucha. Lecz ten uparcie milczał, znieruchomiały, nie dając mu odpowiedzi na najważniejsze dlań teraz pytanie.
            Sebastianie, jesteś tam?
            Kolejna fala następujących po sobie dźwięków, tym razem głośniejszych. Metal krzyczał coraz bardziej, przeszywając przyzwyczajone już do ciszy uszy swoimi wysokimi tonami, aż ucichł ponownie. Chłopiec jednak słusznie spodziewał się znów usłyszeć te żałosne jęki łańcuchów, które najwidoczniej teraz ów „ktoś” starał się zerwać. Ciel był niemal pewien, że zakuto tam jego lokaja. Niestety, nie dowiedział się na własne oczy, gdyż żelazny łańcuch nie pozwolił sobie na zniszczenie, uparcie istniejąc we wciąż jednym kawałku.
            Odezwać się?
            Młody demon nie miał pojęcia, co robić. Jeśli się mylił i w rzeczywistości współwięźniem nie był czarnowłosy, ośmieszyłby się, wołając go po imieniu. Zaś w grę na pewno nie wchodziło uwłaczające mu pytanie: „Kto tam?” czy też: „Jest tam ktoś?” Lecz problem rozwiązał się sam.
            -Paniczu, to ty, prawda? – Cichy głos, niemal szept, znużony i sprawiający wrażenie mocno wyczerpanego rozwiał wątpliwości Phantomhive’a co do tożsamości zakutej w tak silny łańcuch persony.
            -Sebastianie. Co się tu dzieje? – Odpowiedział, z zaskoczeniem zauważając, iż jego głos jest równie zmęczony, gdy wydostawał się na zewnątrz przez podrażnione mocno gardło.
            Pewnie przez ten dym. Co to mogło być?
            -Ach, nie myliłem się. Zapewne, paniczu, pamiętasz, co działo się przed wtrąceniem nas tu. Pan Bleederman rzucił na podłogę flakon pełen nieznanej substancji, która pod wpływem uderzenia i w połączeniu z powietrzem utworzyła gęstą ścianę dymu, bez wątpienia, nieodpowiedniego dla płuc demona. Następnie powalił mnie za pomocą ostrego narzędzia, wbijając go w mój kark. Mam nadzieję, iż ten śmieć nie potraktował i ciebie z taką bezczelnością, paniczu.
            -Nie, straciłem przytomność przez dym. Mów dalej – odpowiedział niechętnie, coraz bardziej zirytowany.
            O co tu chodzi?!
            -Dobrze. Późniejszych wydarzeń nie pamiętam. Ocknąłem się dopiero tutaj, już zakuty w te podejrzane łańcuchy, których nie mogę zerwać. Choć możliwe, że to wina podtrucia i teraz moje moce osłabły. Ubiegając zaś twe pytanie, niestety, nie wiem, co pan Bleederman planuje, jednakowoż jest to niewątpliwie niegodziwe zachowanie.
            Ciel wpatrzył się w widoczny fragment łańcucha. Nie wyglądał na niezwykły, ale, kto wie? Może rzeczywiście umiał on utrzymać demona?
            -Sebastianie, nie mam pojęcia, co się tu dzieje, lecz mam wrażenie, iż łączy się to z przybyciem owego człowieka nocą. A właśnie, która może być godzina?
            -Niestety, nie mam pojęcia, paniczu. Nie dochodzą mnie tu żadne dźwięki z zewnątrz, zaś – jak sam zapewne zauważyłeś – nie ma tu ani jednego okna. Za drzwiami muszą być schody bądź dalsze pomieszczenia piwnicy.
            Na to młody hrabia nie odrzekł już nic. Pozostało im jedynie czekać, aż cokolwiek się wyjaśni. Chociażby jakieś „cokolwiek”.

            Cisza. Mrok. Nic. Jak w jego śnie. Tym razem jednak nic go nie goniło, zaś oczy cały czas miał otwarte. Dlaczego zatem irracjonalna igiełka intuicji, kłująca non-stop gdzieś pod czaszką, ostrzegała go, że musi uciekać?
            Ani on, ani Sebastian nie próbowali się już uwolnić. Wszelakie próby szamotania się, rozplątania, rozerwania lub rozszarpania więzów kończyły się na niczym, zaś Ciel w pewnym momencie zauważył, iż pęta na kolanach są przywiązane do wystającego ze ściany haku, co uniemożliwiało przeczołganie się do lokaja.
            Wreszcie jednak, po uporczywym, monotonnym i coraz bardziej przykrzącym się czekaniu usłyszeli odgłos kroków. Ludzkich. Doskonale mu znanych. Przecież słyszał je już tyle razy od owych paru miesięcy, że nie pomyliłby ich z żadnymi innymi. Wiedział, kogo ujrzy, gdy ten człowiek dotrze tutaj.
            Chłopiec podniósł głowę, patrząc w grube, stare, drewniane drzwi naprzeciwko niego. Usłyszał także szczęk łańcucha, kiedy i demon się poruszył.
            Kroki zbliżały się jakby z góry. Wraz z ich narastającą głośnością ujrzał delikatną poświatę jarzącej się jasności w maleńkich szparach naprawdę szczelnych drzwi. Szamoczące się, złote blaski wskazywały na to, iż zbliżająca się osoba niesie przynajmniej jedną świecę.
            Wreszcie jarzące się światło osiągnęło swoje maksimum, gdy kroki ucichły. Człowiek stanął tuż przy drzwiach. Musiał sięgnąć po klucze – usłyszał wyraźnie szmer małych, obijających się o siebie w powietrzu metalowych przedmiotów. Człowiek wybrał jeden z nich i włożył w zamek, przekręcając go z głośnym trzaskiem. Pchnięte niczym wrota, drewniane drzwi o starych zawiasach zaskrzypiały i rozwarły się, wpuszczając tuż za sobą jasne światło trzech świec i długi cień osoby stojącej w owym świetle.
            Jedynie moment zajęło mu zwężenie rozszerzonych do granic możliwości źrenic w wąskie, kocie szparki. Nawet nie zmrużył powiek. Niemalże od razu ujrzał tak znajomą sylwetkę. Wysoki, niezbyt postawny, jasnowłosy mężczyzna. Miejsce jego wiecznie szczęśliwego spojrzenia rozradowanego psa teraz zastąpiła sucha, beznamiętna wrogość.
            A więc to jednak ty, Rakoczy.
            Nie spodziewał się nikogo innego. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział od początku, kogo ujrzy, lecz teraz, widząc wyraźnie i na własne oczy swego prawdziwego oprawcę, młody hrabia uczuł cień smutku, który musnął jego umysł jak muska twarz czarny, atłasowy szal, powiewający na wietrze, swym delikatnym gestem zostawiając wyczuwalny jeszcze długo dotyk.
            -Witam, witam, państwa Szkarady. Jak tam wasz plugawy byt w tym doskonale do was pasującym miejscu? Cóż, nie będziecie się nim już długo cieszyć. Na górze czeka was coś lepszego – rzekł równie jadowicie, jak podczas pierwszego ataku. Phantomhive’owi nie spodobał się ani ten ton, ani słowa. Schylił głowę, patrząc spode łba na podchodzącego teraz doń mężczyzny.
            Blondyn kucnął przy nim, uśmiechając się złowrogo. Ametystowe tęczówki, pochłaniające złote światło i odbijające je w różnorakich odcieniach fioletu skrzyżowały wzrok z jego szkarłatnymi ślepiami zwierzęcia, bestii. Demona. Przegarnął jego szaro-niebieskie włosy odsłaniając blade, poszarzałe od brudu lico i oko oznaczone pieczęcią.
            -Najpierw ty, Cielu. Cóż, twarz dziecka, lecz istota piekielna. Naprawdę, szkoda mi było ciebie od początku. Jeszcze to bezczelne pokazywanie swej postaci. Tak, wiedziałem od początku, mój drogi. Zważ na to, iż tylko demony mają tak szkaradne czarne paznokcie, jakby wysmarowane sadzą tak doskonale, że ani kawałeczek skóry nie jest ubrudzony. Żałosne.
            Jeszcze chwilę czekał na jakąś odpowiedź, lecz nie doczekawszy się jej, z gorzkim uśmiechem pełnym złości odwiązał sprawnie linkę od ściany i brutalnie pociągnął chłopca za sobą. Nie zważając na to, iż tarza go po zimnej, brudnej posadzce, skierował się szybkim, żwawym krokiem do drzwi, niosąc w jednej dłoni świecznik, w drugiej trzymając mokry sznur.
            -Ha! Może i demon, ale lekki jesteś niczym najzwyklejsze dziecko – stwierdził złośliwie, nie zatrzymując się przed schodami.
            Ciel, zaciskając zęby w nic nie wartym teraz gniewie, zanim został wtargany na kamienne bloki, uderzające go w nogi, ramiona i żebra, ujrzał Sebastiana. Demon wyglądał naprawdę żałośnie. Przykuty za dłonie, wiszący bezwładnie na ścianie, w potarganej białej koszuli, już bez swego fraka, podnosił słabo głowę do góry i zza zmierzwionych, kruczych włosów patrzył mętnym, smutnym i zarazem wściekłym ze swego położenia wzrokiem mahoniowych oczu w niego. I nie mógł nic powiedzieć. Bo żaden protest teraz nic by nie dał.


***

Zbliżamy się już do naszego końca. Mam nadzieję, że czekanie cały tydzień nie przyniosło wam zawodu w tym rozdziale ^w^

piątek, 25 stycznia 2013

Rozdział XX



Kolejny rozdział ma numer XX ze względu na to, iż postanowiła postanowiłam połączyć pierwszy i drugi oraz trzeci i czwarty rozdział. Poprawiłam także poprzednie rozdziały aż do XII. Z resztą mam zamiar bawić się w tym tygodniu. A teraz życzę miłego, choć stosunkowo krótkiego czytania~ ^w^

***

            Gdy tylko wrócił do sypialni, coś podkusiło go, aby usiąść na balkonie. Był pewien, iż Rakoczy nie złoży mu kolejnej nocnej wizyty, więc mógł swobodnie usadowić się na marmurowej balustradzie, wystawiając nogi na zewnątrz. Jeden ruch wystarczyłby, aby spadł, lecz i tak nic by się nie stało. Wylądowałby po prostu na nogach, zapewne bez głośniejszego dźwięku.
            Sebastian po raz kolejny spóźniał się z zawitaniem do niego i przebraniem go, lecz tym razem chłopiec nie martwił się tym. Na rękę był mu brak obecności demonicznego lokaja, z którym dziś po raz kolejny nieomal się zapomniał.
            Tej nocy księżyc rozgarnął niewidzialnym ramieniem swe morze pościeli, ukazując piękną, bladą twarz, odwróconą profilem do Ziemi. Oświetlał subtelnym, srebrnym blaskiem ciągnące się po horyzont, białe od iskrzącego śniegu wrzosowiska. Tylko pojedyncze chmury igrały z mrocznym sklepieniem, wybijając się i wypinając swe puchate brzuchy, jakby chwaliły się, która jest miększa.
            Chłopiec wystawił bladą twarz w stronę mroźnego wiatru północy, pozwalając, by siekł jego skórę, nie mogąc jej na stałe zniszczyć nawet najsilniejszym uderzeniem. Cieszył się spokojem, który pozwalał mu nie myśleć o kolejnym okazaniu słabości.
            Po dłuższej chwili obok niego usiadł Kyna. O dziwo, kot nadal trzymał się najczęściej przy jego boku, choć niebieskooki nie traktował go z takim uwielbieniem jak lokaj. Polizał białą łapkę szorstkim języczkiem, po czym postawił ją obok drugiej i z gracją obie oplótł ogonem. Puszysta sierść falowała, przeczesywana wiatrem tak, jak szaro-niebieskie włosy chłopca, który właśnie nań spojrzał i, unosząc lekko kącik ust, pogłaskał go po ciemnej główce delikatnym ruchem.
            Lecz gdy położył dłoń na powrót przy sobie, szmaragdowe ślepia smolistej istoty skierowały się na dół, a duże uszy drgnęły. Kyna coś usłyszał. I nie był jedynym, który zauważył nagłe towarzystwo. Także pokryte teraz szkarłatem, rubinowe oczy wypatrywały źródła nadchodzących kroków, niszczących ciszę zimowej nocy na wrzosowisku. Ciel jednak doskonale wiedział, kto zaraz wyłoni się zza otwieranych właśnie, ciężkich tylnych drzwi.
            Czarne skrzydło z drewna uchyliło się, nie wypuszczając jednak żadnego światła z wnętrza ciemnej rezydencji. Najwidoczniej owemu gościowi zależało na milczeniu i niezauważonym przemknięciu na pola.
            Wreszcie młody hrabia dojrzał to, na co czekał. Jaśniejące w blasku księżyca, niemal białe kosmyki włosów wysnuwały się spod kaptura czarnego płaszcza. Starające się zachować ciszę ludzkie kroki przemykały właściwie bezdźwięcznie po zasypanej śniegiem drodze, który pod stopami człeka winien był skrzypieć głośniej. O wiele głośniej.
            Nagle kot zamiauczał, jakby wołał mężczyznę, chcąc, by spojrzał na górę; by dowiedział się, że ktoś go nakrył na niecnym, bez wątpienia, uczynku. Ten zaś, rzecz jasna, natychmiast odwrócił swe lico ku balkonowi, dostrzegając jednak wyłącznie Kynę.
            Młody demon, gdy tylko posłyszał wołanie zwierzęcia, wyostrzył maksymalnie swe zmysły i błyskawicznie schował się za kamienną balustradą, zza której krępych kolumienek widział wyraźnie, jak Rakoczy szuka wzrokiem jakiegokolwiek znaku, iż on nie śpi. Na szczęście, chłopiec nie pokusił się wcześniej o zapalenie świecy w pokoju, dzięki czemu teraz jego skulona postura nie była widoczna dla ludzkich oczu. Uspokojony guwerner naciągnął kaptur niżej i zaczął pomykać dalej.
            Jak to możliwe, że teraz poruszasz się tak cicho?
            Ciel postanowił go śledzić. Ściągnął szybko swą czerwoną kokardę, aby jak najmniej rzucać się w oczy (jakże był zadowolony, iż wciąż miał na sobie ciemny strój, nie zaś białą koszulę nocną) i skoczył z balkonu, cicho lądując na zgiętych nogach. Swoją obecność zdradzać mógł jedynie przez rozsypany nienaturalnie śnieg za nim. Jego kroki bowiem nie wydawały najmniejszego odgłosu.
            Śledził ostrożnie fioletowookiego, który podążał najwidoczniej na front rezydencji. Czerwone ślepia, choć nie błyskały jasno swym demonicznym szkarłatem, obserwowały z największą czujnością każdy jego ruch, wyłapując nawet pojawianie się najmniejszych zagnieceń na płaszczu idącego mężczyzny.
            Wreszcie Bleederman znalazł się przed drzwiami frontowymi. Młody Phantomhive zatrzymał się za rogiem i, pochylony przy ziemi, patrzał jednym okiem na prawdopodobnie czekającego na coś blondyna. Nagle posłyszał kroki. Kolejne. Nieostrożne.
            Idzie nowy człowiek.
            Niespokojnie spojrzał w bok i dostrzegł zbliżającą się ciemną postać, za którą czekał koń. Zwierzę patrzyło w jego stronę, lecz, na szczęście, żaden z mężczyzn nie zwrócił na to uwagi.
            Niższy wyraźnie obcy dotarł wreszcie do Rakoczego i wziął od niego coś. Chłopiec zauważył w ostatniej chwili podawany z ręki do ręki list.
            -To na pewno on. Informacje nie całkiem się zgadzały, ale reszta niech już jedzie. To nie potrwa długo. Maksymalnie dwa dni – wyszeptał nagle guwerner, patrząc wyprostowany na obcego. Ten pokiwał jedynie głową i ruszył z powrotem do konia.
            Chłopiec zorientował się za późno, że ktoś za nim jest.
            Nie zdążył nawet wypuścić głośno powietrza, gdy czyjaś dłoń zasłoniła mu usta i nos, ciągnąć w tył. Otworzył szerzej oczy, jedną ręką próbując się uwolnić, zaś drugą wyrzucając w tył, aby zaatakować. Napastnik jednak złapał ją i wykręcił demona przodem do siebie.
            -Cii, paniczu. Wybacz mi, że cię zaskoczyłem, jednak inaczej nie dałbym rady poinformować cię o mej obecności tak, aby owa dwójka nie zorientowała się – wyszeptał Michaelis, patrząc nań równie czerwonymi oczyma, co on. Wreszcie lokaj puścił go delikatnie i powoli wycofał dłonie.
            -Powinniśmy wrócić. Pan Bleederman już wraca.

            Rzeczywiście. W tym właśnie momencie obcy mężczyzna wskoczył zgrabnie na konia, spiął go i od razu pogalopował w przeciwną stronę do rezydencji. Wzdłuż muru czarnej ściany zaś dały się słyszeć odgłosy kroków Rakoczego, tak samo ciche, jak wcześniej. Oba demony zatem wycofały się szybko, acz bezgłośnie.
            -Wejdźmy frontowymi – rzucił do lokaja hrabia, po czym w kilka sekund okrążył cicho rezydencję.
            Po chwili obaj znajdowali się już w środku, pewni, że guwerner ich nie zauważył. Ciel czuł się dziwnie. Nie miał pojęcia, po co Rakoczy ukrywał przed nim wizytę jakiegoś obcego.
            Co miały oznaczać jego słowa?
            Choć sam błagał o jakąś rozrywkę; coś, co przywoła cień dawnych zagadek i niewyjaśnionych zjawisk, teraz nie wiedział, co począć. Mimo to, nie mógł okazać swej niepewności. Sam prosił los o coś niezwykłego, więc teraz musi przyjąć jego dary.
            -Sebastianie, czy taka sytuacja zdarzyła się po raz pierwszy? – Spytał lokaja, kierując swe milczące kroki ku pokojowi guwernera, pewien, że usłyszy odpowiedź przeczącą.
            -Nie, paniczu. Już raz pan Bleederman przekazywał nieznanej mi treści list obcemu człowiekowi, który przyjechał tu, podobnie jak i dziś, na koniu. To było wówczas, gdy jednego wieczoru nie przyszedłem do ciebie, paniczu, na czas; około miesiąca temu. Wybacz, że nie poinformowałem cię o tym, lecz – jako że podobne wydarzenie nie powtórzyło się – uznałem, iż nie jest to nic ważnego.
            Ciel nie odrzekł nic. Byli coraz bliżej sypialni blondyna, więc wyostrzył słuch.
            Chyba jeszcze nie wrócił.
            Podniósł jedną dłoń na znak, aby się zatrzymać i przysiadł przy ścianie, tuż przed wejściem na ostatni korytarz. Po drugiej jego stronie usłyszał odgłos lekkich kroków. Niesamowite, że Rakoczy umiał poruszać się niczym pierwszorzędny złodziej. Zali pewnikiem było, iż nieostrożny demon by go nie usłyszał.
            Kroki zbliżyły się, aż w końcu ucichły. Teraz obaj usłyszeli szczęk przekręcanego klucza.
            Miał zamek w drzwiach?
            Delikatne pchnięcie, ruch powietrza i cichutki zgrzyt zawiasów oznaczały, iż mężczyzna dostał się już do pokoju. O dziwo, nie zamknął jednak drzwi z powrotem. Czyżby domyślał się ich obecności? A może chciał wyjść ponownie, aby upewnić się w czymś jeszcze?
            Sebastian położył dłoń w rękawiczce na jego ramieniu i pochylił się, szepcząc do ucha.
            -Paniczu, czy mam sprawdzić, co też robi teraz pan Bleederman?
            -Nie. Ja tam podejdę.
            Obaj mówili tylko poprzez poruszanie ustami i ledwo słyszalne wydychanie powietrza, obracającego się w słowa. Jedynie inny demon byłby w stanie usłyszeć tę prawie niemą rozmowę.
            -Uważaj, paniczu. Możliwe, że ten człowiek nie przypadkiem miał kiedyś w pokoju trujące dla nas zioła.
            Hrabia pokiwał głową, po czym ruszył, nie spojrzawszy nawet na swego lokaja. Wystarczyło, że czuł jego spojrzenie na plecach, mimo swego zaborczego i przeszywającego wyrazu, w jakiś sposób pełne dlań otuchy. Powoli, krok za krokiem, zbliżał się ku na wpół otwartym drzwiom z ciemnego, acz nie hebanowego drewna. Wreszcie stanął tuż przy nich, przyciśnięty do ciemnej, nieoświetlonej ściany, niby cień wspinający się i pełznący za Rakoczym, za jego śladem.
            Jeszcze jeden krok. Jeszcze jeden ruch. Całą drogę tutaj nie oddychał, oddając się swym demonicznym instynktom, które nie potrzebowały powietrza. Już prawie; niemal widział, co blondyn robi w środku. Już... Tak blisko... Czerwone oko poczęło swą tęczówką wychylać się z cienia, by ukazać źrenicy obraz wnętrza pomieszczenia, gdy...
            -No dalej, przeklęte szkarady. Śmiało chodźcie tu, wy dwa plugawe demony. Czekam.

            Głos Bleedermana, przepełniony jadem i nienawiścią, czystą wrogością przebił ciszę jak z sykiem przebija powietrze bełt wystrzelony nagle z kuszy, wpijając się swym głośnym, brutalnym tonem we wrażliwe uszy potworów z piekieł. Mężczyzna jeszcze nie wyszedł, lecz Ciel natychmiast poczuł w talii dłoń lokaja, który pociągnął go szybko w tył.
            -Sebastian... – Wyszeptał bezgłośnie chłopiec, marszcząc brwi i patrząc nieufnie w stronę drzwi.
            -Tak, paniczu. On wie, kim jesteśmy. I to chyba już od jakiegoś czasu.

piątek, 18 stycznia 2013

Rozdział XIX


            Kyna zeskoczył zgrabnie z oparcia fotela na podłogę. Jego łapy nie wydawały żadnego dźwięku, kiedy szedł na parapet okna, odprowadzany spojrzeniem niebieskookiego demona. Zielone ślepia spoglądały zaciekawione na zewnątrz, kiedy on i jego guwerner przerabiali kolejne tony materiałów.
            -Dobrze. Teraz podziel to przez... Właśnie – przyjazny głos blondyna, jako jedyny dźwięk zakłócający ciszę, rozbijał się o regały pełne książek i pustą przestrzeń między nimi. Nachylał się właśnie nad szybko kreślącym cyfry chłopcem z uśmiechem śledząc jego sprawną pracę.
            Z każdym kolejnym zadaniem uporał się szybko, więc niedługo potem Rakoczy nakazał przerwę. Właściwie nie nakazał, co po prostu usiadł na drugim fotelu, mniej ozdobionym niż ten, na którym zasiadał młody hrabia.
            -Właściwie, Cielu, to jak ten kot dostał się do twojego pokoju? – Spytał łagodnym głosem, spoglądając z ukosa na zwierzę wpatrzone w dal.
            -Przez balkon. Po prostu wszedł. Pewnie wspiął się po winorośli.
            Istotnie. Większą część tylnego muru czarnej rezydencji pokrywała sucha obecnie winorośl, pnąca się niemal po sam jej dach. Musiała rosnąć tu od bardzo dawna, gdyż nawet ta na starej rezydencji Phantomhive’ów nie pięła się tak wysoko i szeroko. To potwierdzało przypuszczenia hrabiego, iż Sebastian musiał kupić lub przejąć rezydencję po starym, wielopokoleniowym rodzie, który z jakichś przyczyn upadł.
            Z jakichś przyczyn, jasne. Zapewne drań wybił wszystkich. Choć, kto go tam wie...
            -No tak, to już mówiłeś, drogi chłopcze, ale... Otwierałeś okno na noc? W tak paskudną pogodę? Coś mi się tu nie zgadza... – Dodał cicho, trąc od niechcenia brodę palcami.
            Mi również.
            Cóż jednak można było zrobić? Kyna dostał się tu i na pewno był jedynie zwykłym, wychudzonym kotem, którego on nie mógł zostawić na pastwę mroźnej zimy, szalejącej na zewnątrz. Lecz nierozwiązywalną nadal pozostawała kwestia tego, jak zwierzę weszło do jego sypialni. Kto mógł otworzyć drzwi na balkon i po co? Możliwe, iż zrobił to lokaj, jednak jeśli tak, to w jakim celu?
            -Hm... Właściwie to mniejsza z tym - nagle ton mężczyzny stał się mnie pewny i stabilny. – Może dziś też przejdziemy się na zewnątrz? Nie padał śnieg, więc...
            Ciel podniósł brwi, udając zdziwienie.
            -Sam powiedziałeś, że pogoda jest paskudna. Ale dobrze. Nic mnie tu dziś nie trzyma – rzekł, po czym wstał i podszedł do kota. Ten, widząc go, naprężył grzbiet, domagając się pieszczoty. Chłopiec przeciągnął po nim palcami, a w nagrodę usłyszał zadowolone mruczenie. Kącik wargi lekko drgnął mu, wyciągając się nieznacznie w górę.

            -Wychodzisz, paniczu? – Zapytał demon, widząc ubranych Ciela i Rakoczego przy drzwiach.
            -Tak. Możesz od razu przygotować obiad, nie zamierzamy wrócić wcześniej – odpowiedział mu, nawet się nań nie oglądając.
            Sebastian w tym czasie kucnął, gdyż podszedł do niego czarny kot, miaucząc donośnie. Zaczął zgrabnymi ruchami przeczesywać jego kruczą sierść, zaś młody Phantomhive, który ujrzał to kątem oka, zdusił w sobie niemalże siłą gorzką tęsknotę za tymi dłońmi, biegnącymi po jego ciele.
            -Nakarm też Kynę. Chodź, Rakoczy – rzekł na odchodnym i, łapiąc blondyna za dłoń, wyszedł na ośnieżony obficie świat.

            Tak jak poprzednio, nigdzie wokół nie było widać śladów żywych stworzeń. Ciężki, wilgotny śnieg zatkał szczelnie każde wyjście z nor zwierząt. Ciel nie wątpił, aby wiele z nich zginęło tego roku z głodu, mrozu lub po prostu braku powietrza. Chociaż bardzo możliwe, iż tak wiele ich marło każdej zimy.
            Ze względu na to, iż Bleederman nie skłaniał się specjalnie do puszczenia go, a wręcz zacisnął swe palce, nadal szli, trzymając się za ręce. Młodemu demonowi to nie przeszkadzało, zaś mężczyznę wydawało się wręcz cieszyć.
            -Ciekawe, jak szybko nadejdzie tu wiosna. Lub jak późno... Zaczynam tęsknić za tą wszechobecną zielenią i buchającym wokoło życiem. Lecz tu pewnie wygląda to inaczej, prawda? Nie mogę się doczekać – zagaił w pewnym momencie Rakoczy.
            -Nie wiem, jak wygląda wiosna na wrzosowisku. Do tej pory nie wiedziałem również, jak wygląda tu zima. Lecz najbardziej podoba mi się jesień. Wszystko się uspokaja, zmęczone całym rokiem życia. Zasypia każde żywe stworzenie, nie przejmując się już niczym.
            -Ale czy jesień nie kojarzy ci się ze smutkiem, śmiercią wręcz?
            -Kojarzy. Właśnie dlatego tak ją lubię. Jest... Szczera. Konkretna – odpowiedział, wzdychając ciężko, zaś jego ogrzany ludzkim ciałem oddech zmienił się w biały obłoczek lekkiej pary.
            Na te słowa guwerner nie odrzekł już nic, lecz patrzył z troską i niepokojem na swego wychowanka. W pewnym momencie szepnął do siebie ciche słowa, których zwykły człowiek nie dosłyszałby.
            -Szkoda mi twojej przeszłości, kochany chłopcze.
            -Proszę?
            -Nic już. Chodźmy dalej.
            Jakże śmieszne jest zachowanie ludzi. Gdy idą z kimś, myślą, że krok dalej odsunie myśli, które pojawiły się w miniętym miejscu. Żałośnie naiwne.
            Idąc jednak przed siebie, Ciel czuł, że blondyn tężeje z jakiegoś powodu. Wątpił, aby było to wywołane zimnem. W końcu stanęli na niewielkim wzniesieniu.
            W tej nieludzkiej ciszy, która panowała wokół, a także między nimi, Rakoczy przytulił niebieskookiego, przeczesując jego szaro-niebieskie włosy otulonymi w rękawiczki palcami. On nie odpowiadał, lecz widocznie, Bleedermanowi to nie przeszkadzało. Już nawet nie krył się ze swoim zafascynowaniem. A raczej obsesją na jego punkcie. Chłopiec zastanowił się, czy jest to na pewno zdrowe. Widział zakochanych ludzi w Londynie, lecz tamci wydawali mu się szczęśliwi. Radośni i tryskający różnymi kolorami, zabarwiając świat, który ich otaczał. Nawet w książkach to uczucie było opisywane jako coś pięknego; nie jak ulotne szczęście ze złotego samorodka, lecz jak kilof, wbity w skałę i odkrywający ogromny korytarz błyszczącego kruszcu. Nieopisywalnie wspaniałe. Tymczasem...
            Jemu miłość wydała się czymś zgoła innym. Jak ciężki kurz, okrywający starą księgę. Jak martwy kanarek w swej pięknej klatce. Jak zakrzywiony cierń na łodydze szkarłatnej róży. Nie, on nie cieszył się z tego, że kochał. Ani że został obdarzony tym uczuciem. Otulony niczym dziecko szalikiem. Zima jednak w końcu się skończy, zaś zbędne ubranie zostanie zdjęte. Niepotrzebne i odrzucone.
            -Dlaczego ja? – Spytał cicho.
            -Hm?
            -Rakoczy, powiedz mi. Dlaczego wybrałeś mnie? – Młody hrabia podniósł nań oczy, domagając się odpowiedzi. Guwerner zaś nieco zmieszał się, co było widoczne w jego ametystowych tęczówkach, zdziwionych tak nagłym pytaniem.
            -Nie wiem. Mój drogi, to uczucie nie wybiera. Nie jest jak motyl, który siada na najpiękniejszym kwiecie, pełnym słodkiego nektaru. Raczej jak rekin, atakujący całą ławicę ryb. Obojętny mu los ofiar. Wybrał pierwszą lepszą i teraz chce ją dopaść. A że jest ogromny i potężny, mało która ryba da radę uciec.
            Chłopiec przytaknął. Rzeczywiście. W tym, co powiedział mu mężczyzna, było wiele racji. Nikt nie zakochuje się na życzenie.
            Chyba nawet mi cię żal. Trafiłeś bardzo źle. Demon nie odwzajemni ludzkiej miłości.

            Kronika. Przeklęta kronika i puste stronnice, które on chciał zapełnić bezsensownymi relacjami z lekcji, obiadów i spacerów. Czy to go właśnie czeka? Lata pełne nudy, monotonni i bezsensownego trwania w niczym? Przecież nie napisze o swoich wewnętrznych rozterkach i przemyśleniach na temat zamierzonej zemsty na Sebastianie. Ani także o zakochanym guwernerze.
            Dlaczego, gdy byłem człowiekiem, moje życie bez ustanku znajdowało się w centrum dziwnych wydarzeń, zaś teraz, kiedy sam stałem się czymś nieprawdopodobnym, nic się nie dzieje?
            Siedział przy biurku z piórem w dłoni i pustką w głowie. Miał już dość. Na poprzednich stronach opisał jakoś swą monotonną i nijaką egzystencję. Jedyną niezwykłością było tylko pojawienie się Kyny. A czarny kocur siedział akuratnie na parapecie za jego fotelem. Rozkoszował się wyraźnie ciszą i spokojem, mając chyba już dość przygód.
            Nagle dało się słyszeć pukanie. Zirytowany hrabia podniósł swe sztucznie szafirowe oczy na drzwi i burknął cicho „Proszę”. Któż inny mógłby wejść?
            -Wybacz, jeśli przerwałem, paniczu. Pomyślałem, że mógłbym ci jakoś uprzyjemnić czas.
            Michaelis z dziwnym uśmiechem wszedł do gabinetu Ciela, pchając mały wózeczek, na którym stała filiżanka na herbatę, imbryk i zakryty kloszem posiłek. Mahoniowo brązowe oczy, w których igrało wpadające doń światło, rzucały ku niemu przelotne spojrzenia.
            -Sebastianie, wiesz dobrze, że nie jadam już od jakiegoś czasu ludzkiego jedzenia – rzekł młody hrabia cicho, odkładając pióro i prostując się w fotelu. Cały czas czujny, podejrzliwie patrzył na każdy ruch lokaja, który nalewał właśnie ciemnego, gładkiego napoju do filiżanki. Nie była to herbata.
            -Panicz najwyraźniej zapomniał, jaki dzień dziś mamy. Czternasty grudnia, twoje piętnaste urodziny. Wiem, że panicz już raczej nie urośnie, jednak jako dobry kamerdyner muszę pamiętać i dbać o takie rocznice. A oto gorąca czekolada, którą pozwoliłem sobie przygotować, wraz z małym upominkiem w postaci ciasta czekoladowego z malinami.
            Czarnowłosy położył filiżankę na blacie czarnego biurka, po czym obok postawił zakryte wciąż ciasto. Gdy zdjął zeń klosz, oczom Ciela ukazał się zgrabny kawałek trójkątnego tortu, pokrytego na wierzchu czekoladową masą niczym glazurą. Przez jego głowę przeleciała myśl, pytająca, skąd ten demon miał maliny w zimie.
            Kyna nagle znalazł się na jego kolanach, ugniatając tymczasowe siedzisko miękkimi łapkami, uzbrojonymi w haczykowate szpony. Przypatrywał się z uwagą słodkiemu ciastu, jakby chciał wziąć je dla siebie.
            I tym się różnią koty od psów. Pies żebra, kot żąda.
            Niebieskooki już miał sięgnąć po widelec, aby z westchnieniem zabrać się za jedzenie – skoro lokaj się wysilił, mógł od czasu do czasu przypomnieć sobie smak ludzkich potraw – gdy spostrzegł, iż żadnego sztućca wokół nie ma. Zmarszczył brwi i spojrzał na Michaelisa pytająco. Uśmiech na twarzy tamtego poszerzył się złośliwie, wręcz tryumfalnie.
            -Ach! Zapomniałbym. Paniczu, jako że dziś są twe urodziny, moim zadaniem jest uprzyjemnić ci ten dzień do granic możliwości – w jego dłoni nagle znalazł się srebrny widelczyk, trzymany w zupełnie inny sposób, niż gdyby Sebastian chciał mu go podać. – Proszę zatem się nie przejmować niczym i odprężyć.
            Jego słowa jednak podziałały zupełnie odwrotnie. Miast zrelaksować się, Ciel spiął mimowolnie mięśnie, instynktownie przygotowując się do obrony. Już wiedział, co planował ten drań. A upewnił się na sto procent, kiedy odziana w białą rękawiczkę dłoń, dzierżąca widelec, wbiła go w, jak się okazało, niezwykle miękkie i sprężyste ciasto, odkrawając zgrabny kawałek. Młody Phantomhive dojrzał ze zdziwieniem, że ze środka wypłynął gęsty, malinowy sok, wyglądający na rozkosznie słodki.
            -Proszę otworzyć usta, paniczu – padło wreszcie.
            Za nic. Za nic, idioto.
            -Jeżeli myślisz, Seba...
            Cichy świat wokół nie dowiedział się, co chciał rzec młody hrabia, gdyż w tym samym momencie w jego ustach znalazł się słodki, malinowo-czekoladowy, wyśmienity kawałek ciasta, które wyszło spod ręki samego piekielnie dobrego lokaja, Sebastiana Michaelisa. Szybko go połknął, niemal zbity z tropu.
            Mimo wspaniałego smaku, panicz owego geniusza widocznie wściekł się. Charbowo-błękitne oko stało się w jednej chwili krwiście czerwone, aż błyszczące gniewnym szkarłatem. Upokorzony Ciel miał ochotę własnoręcznie wepchnąć resztę ciasta do gardła demona, ażeby ten udławił się własnym wyrobem. I zrobiłby to z chęcią, gdyby nie kot, siedzący uparcie na jego kolanach i widocznie zadowolony, jakby w ogóle nie wyczuwał ciężkiej atmosfery, która niczym olej zapanowała w gabinecie.
            Sebastian zaśmiał się cicho i odkroił kolejny kawałek, nie zważając na minę drugiego demona. Wyraźnie bawiła go ta sytuacja. Nachylił się z widelcem skierowanym ku ustom chłopca.
            -Paniczu...
            Oj nie. Drugi raz nie weźmiesz mnie na tę samą przynętę.
            Ciel zacisnął usta w wąską kreskę, spoglądając wyzywająco na lokaja. Ten westchnął ciężko, sztucznie. Zbliżył się doń jeszcze bardziej, lecz tym razem podniósł drugą dłoń. Zębami ściągnął biały materiał, który spadł cicho na błyszczące biurko, po czym... Nie używając zbyt wiele siły, włożył palec do ust hrabiego, rozwierając je i przybliżając niebezpiecznie blisko drugi kawałek ciasta.
            Niebieskooki zareagował instynktownie, lecz z pełną świadomością. Odchylił głowę z bok, uderzając wierzchem wyrzuconej w górę dłoni rękę demona. Niestety, widelec z nabitym malinowym przysmakiem znajdował się już za blisko, przez co gęsty sok skapał na jego policzek dwoma ciemnymi kroplami. Samo ciasto zaś spadło na podłogę, gdzie błyskawicznie dopadł je Kyna, porywając w mały pyszczek i uciekając w kąt pomieszczenia, skąd słychać było teraz ciche mlaskanie.
            -Oj, paniczu, paniczu. Teraz będę musiał to posprzątać. Cóż... – Rzekł demon, podnosząc z podłogi sztuciec i odkładając go na tacę wózka.
            Chłopiec żachnął się, strzepując z nóg nieistniejące okruchy, gdy nagle lokaj znów się doń zbliżył. Burgundowe tęczówki z mieszaniną rozbawienia i czegoś jeszcze znalazły się blisko. Za blisko.
            W jednej chwili poczuł, jak Sebastian chwyta go za nadgarstki, unieruchamiając je na chwilę, zaś jego język zaczyna błądzić po policzku, zlizując malinowy sok. Zniewolony bliskością i zapachem demona Ciel nie zareagował wystarczająco szybko. Właściwie w ogóle nie zareagował. I dlatego po chwili czarne kosmyki poczęły łaskotać go, gdy usta demona wpiły się w jego wargi, szukając jeszcze więcej ciepła.
            Wszystkie jego zmysły skupiły się wyłącznie na nim. Przyćmiony zza przymkniętych powiek wzrok widział jedynie mahoniowe oczy. Węch wyczuwał tylko subtelny, obezwładniający zapach demona, skóra czuła wyłącznie jego dotyk, słuch wyłapywał szmer ubrań, zaś usta czuły li jedynie lekko pikantny, ostry, zagłuszający wszystko inne smak jego ust.
            Po chwili Michaelis puścił nadgarstki chłopca, który teraz przyciągnął go do siebie, wplatając dłonie we włosy. Zupełnie się zapomniał, gubiąc każdą myśl o odepchnięciu mężczyzny. W tym momencie nie liczyło się nic, poza tym, że mimowolnie czekając tak długo, dostał to, czego pragnął najbardziej.
            -Paniczu... – Cichy szept rozniósł się po chwili, niechętnie zrywający delikatną sieć tej ulotnej chwili.
            Otworzył oczy. Żar nagle zgasł, pozostawiając tylko popiół. Hrabia puścił go powoli, prostując się w fotelu.
            Zdradził samego siebie. Złamał postanowienia, budowane na chorym poczuciu wyższości, zrodzonym z jednej odmowy, z jednego zdania. Mimo wszystko, upokorzył się sam. Lecz najgorszym było, iż... Nie żałował.
            -Idź już, Sebastianie. Dokończę tylko ciasto i muszę wrócić do pisania.
            -Tak, paniczu – mówiąc to, lokaj nie wiadomo skąd wyjął drugi widelec, który położył na talerzyku, po czym wyszedł, kłaniając się na odchodnym.
            Ciel zaś, będąc już sam, rozkoszował się smakiem malin i gorącej czekolady. Bo tylko to mu teraz zostało. Resztę odbierze kiedy indziej.


***

Witajcie. Mam pewną prośbę do wszystkich. Chciałabym, żebyście wypomnieli mi w komentarzach wszystkie słabe strony opowiadania - każdego rozdziału. W drugim tygodniu zabieram się na generalny remont wszystkich rozdziałów po kolei (między innymi połączę pierwszy i drugi, wydłużając początek i zmniejszając ilość wszystkich). Dlatego proszę was, żebyście każdą zauważoną wadę wypisali w komentarzach pod XXI. Z góry dziękuję ^w^